Krzysztof Wrona

Teatr Węgajty pierwszy raz spotkałem w Nowicy, w połowie lat dziewięćdziesiątych. Mieszkałem w domu Jana Szymczyka i byłem na tzw. życiowym zakręcie. W Nowicy zrodził się nowy plan. Chciałem pracować z dziećmi, tam gdzie mnie zaniesie los. W głowie pisała się bajka o Duchu Gór, w którą wprowadzałem dzieci z Nowicy. Po kolędowaniu, przy kolacji, która odbywała się w starej nowickiej szkole, opowiedziałem Wackowi Sobaszkowi o swoich przemyśleniach. Wacek powiedział: "Tak, trzeba pracować z dziećmi". To rozwiało wszelkie moje wątpliwości. Wcześniej jednak zdarzyło się coś, co ustawiło mnie ideowo na wiele lat. Węgajty idą w śnieżnym tunelu, wychodząc ze szkoły w stronę wsi, z muzyką i swoją magiczną lampą, ja stoję na schodach i patrząc na nich mówię do siebie: "Przecież już to kiedyś widziałem. Widziałem w dzieciństwie, w przysiółku Bliżyna, w Górach Świętokrzyskich, gdzie mieszkała moja Babcia". Moment, w którym powróciłem na chwilę do dziecięcej wrażliwości, tej czystej, nieskalanej. To stało się ważnym wydarzeniem w moim życiu. Zacząłem myśleć o budowaniu takich zdarzeń dla siebie i innych. Minęło kilka lat. Wróciłem w rodzinne Świętokrzyskie i pod szyldem "Warsztatów wrażliwości" zacząłem pracować z dziećmi, w małym drewnianym domu, we wsi Dąbrowa Dolna. Bajka o Duchu Gór bardzo się rozrosła. Pojawiło się wiele nowych postaci, które wyłaniały się się po prostu z gałęzi. Był późny, majowy wieczór, rozgrzebany remont chałupy, a ja strugam lalki, które same zaczynają grać mi w rękach. Ktoś puka do drzwi... za drzwiami stoją Mutka, Wacek i Ewa Skowerska. Wacek pyta: "Co robisz?". "Zamiast malować ściany, gram lalkami na starym stole bajkę o Duchu Gór" – odpowiadam. Wacek mówi: "To pokaż". Przy świeczkach, pierwszy raz publicznie pokazałem bajkę, którą nazwałem później Nieczekaj Lecilaty. "A może przyjechałbyś z tą bajką na Wioskę Teatralną" – zaproponował. "Ale ja nigdy nie występowałem przed ludźmi". Wacek na to: "To może spróbuj". Spróbowałem. Oni dali mi całkowicie wolną przestrzeń do działania. Oprócz bajki mogłem pokazać instalację ogniową, z udziałem młodziutkiego Ugniusa Litwińskiego i dziewcząt z Węgajt. Mogłem poprowadzić warsztaty malowania ziemiami, na ścianie teatru, mogłem zaplatać łozinowe formy i grać swoją muzykę. "Czy jestem artystą?" – pytałem siebie. Na pewno chciałem nim być. Węgajty pozwoliły mi zaistnieć. Zainteresowanie z ich strony tym, co robię, dało mi poczucie wiary w siebie. Podczas warsztatów malowania ziemiami poznałem Darię Kozłowską i pisała się piosenka: "Dari-Ko, która z was mnie wołała, Dari-Ko, czego chciała, ty przy drodze do Węgajt płakałaś, jeszcze wtedy nie wiedziałaś, że będziesz śpiewała, i, że leśniczówka w Dąbrowie to będzie nasz dom". Przez te lata Węgajty były otwartą sceną dla naszej twórczości. Kolędowanie z nimi w Dąbrowie stało się tradycją. Wielu młodych artystów docierało do leśniczówki via Węgajty. Współpraca z nimi to był prestiż, szczególnie dla mnie, w ujęciu klasycznym, ignoranta w zakresie teatru i muzyki. Sobaszkowie kochają ludzi i roznoszą światło, światło, które pójdzie przez pokolenia.

rys. Daria Kozłowska-Wrona